wtorek, 11 grudnia 2012

Jak zaczęła się moja przygoda z włosomaniactwem

Od dziecka zawsze byłam jasną blondynką, niewiele młodszą siostrą ciemnej blondynki. Zawsze to ja miałam te krótsze włosy - długości parę cm za ucho. Miałam również grzywkę, którą systematycznie i prosto starała się podcinać mi mama. Teraz wiem, że bez używania profesjonalnych nożyczek nie był to zbyt dobry pomysł...

Moje włosy, w odróżnieniu od sytuacji teraźniejszej, praktycznie cały rok były bardzo jasne. Nie bez kozery jeden z wujków dalej nazywa mnie "białogłową". Obecnie widzę sporą różnicę w odcieniu moich włosów w lecie i w czasie zimy.

O włosy w swoim życiu starałam się zawsze. W podstawówce zaczęłam chodzić na basen (co najmniej 2 razy w tygodniu), a każda wizyta na basenie wiązała się z suszeniem ich suszarką. W domu korzystałam z takiego sprzętu raczej nie zbyt często, zawsze starałam się suszyć je naturalnie, bądź niestety, chodzić spać z mokrymi włosami.

Na moje szczęście, nigdy nie uległam manii codziennego prostowania włosów - bardzo rzadko, z okazji np. imprezy rodzinnej prostowałam kosmyki najbliższe twarzy.

W liceum powoli zaczynałam korzystać z odżywek do włosów. Jednak zwykle butelka szamponu kończyła się zdecydowanie szybciej niż opakowanie odżywki. Już wtedy zauważyłam, że moje włosy nie lubią monotonii. Za każdym razem kupowałam inny szampon.

Z czasem zaczęłam regularnie używać odżywek do włosów do spłukiwania jak i jedwabiu do włosów. Próbowałam jakoś uzyskiwać efekt push-up. Najczęściej korzystałam z pomocy wałków na rzepy. Za każdym razem przerażona byłam ilością włosów, które one wyrywają.

W połowie lipca tego roku przez przypadek wpadłam na bloga blondhaircare. Pamiętam, że przez 2 dni przeczytałam go całego. Na początku nie do końca rozumiałam o co chodzi z niektórymi skrótami (np. OMO, b/s, d/s).  W perspektywie mojego miesięcznego wyjazdu do Holandii (i zmiany trybu życia) postanowiłam czym prędzej stać się włosomiaczką.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz